Akceptowanie

Piotr Filonowicz

 

Paliwem każdej improwizacji jest akceptowanie. Bez akceptowania improwizacja traci moc.

W popularnym impro Keitha Johnstone’a akceptowanie propozycji dawanych przez scenicznego partnera jest nieodzownym warunkiem porozumienia i przesuwania akcji do przodu. Nie jest wypierane przez tak. Czasem przez tak, i lub tak, ale. Akceptowanie służy budowaniu, tak jak negacja służy niszczeniu.

W impro wolnej akceptowanie dotyczy kilku płaszczyzn. Po pierwsze jest to zaakceptowanie samej sytuacji improwizacyjnej, zaakceptowanie faktu, że zmienia się tryb działania. Przechodzę z codziennego, mocno temperowanego do trybu eksploracji, udostępniania siebie zdarzeniu. Akceptuję to, co do mnie przychodzi, poddaję się temu, pozwalam sobie na reakcję. Akceptuję swoją złość, swoją agresję, swój krzyk. Akceptuję to, co wydarza się innym. Nie mówię im: stop, uspokój się, jak tak można.

Akceptuję brak wyraźnej logiki zdarzeń. Pozwalam nieoczekiwanemu wyjść przed oczekiwane. Akceptuję przepływający przeze mnie strumień impulsów, widzę nieustanny nadmiar bodźców, godzę się z tym, że intuicja podejmuje za mnie wybory. Akceptuję taki obraz mnie i zdarzeń, jaki się na bieżąco pojawia.

Praktykowanie akceptowania w improwizacji nie może pozostać bez wpływu na umiejętność akceptowania w codziennym życiu. I wzajemnie. Zwłaszcza akceptowanie bolesnego i niewygodnego jest cenne. Jeśli uśmiechasz się do umierania, zajmujesz się powiększaniem pewności i spokoju.

Akceptowanie wcale nie jest trudne. Jest w każdym człowieku bardzo dużo akceptującej siły. Każde działanie w codziennym życiu opiera się przecież na wierze. Nie możemy sprawdzić, czy zewnętrzne jest czymś więcej niż naszą projekcją. Twarde stąpanie po ziemi jest w praktyce niemożliwe. A jednak stąpamy po niemożliwym i mamy się dobrze.